Flądra czy Maroko czyli o wizycie w Trójmieście

przez TastePoland - Voytek brak komentarzy

W przedostatni weekend wakacji wybraliśmy się Pendolino do Gdyni. Pola już od kilku dni wcześniej była nakręcona na podróż pociągiem, ja bardziej na samo morze… no i oczywiście kulinarne odkrycia. Kasi spodobał się sam pomysł z pociągiem, bo to tylko 3,5 godziny podróży… 🙂

Pytanie, co dziś jest najlepsze nad morzem? Oprócz samego morza oczywiście… Chyba z wiekiem staję się sentymentalny, bo po raz kolejny powiem, że wspomnienia dziecięcych lat i wakacji z rodziną…

To nie tylko ciągniecie się z całym majdanem przez las na wydmach, rozbijanie parawanu na białej plaży, lodowata woda i lody Bambino… ale również obiadki przy plaży w smażalni z obowiązkową smażoną rybą. Za mną od kilku dni chodziła flądra, której nie jadłem kilka dobrych lat. Dziś można dostać łososia, pstrąga i małże Św. Jakuba w każdym przeciętnym sklepie… ale znalezienie flądry to nie lada wyzwanie. Wyprawa nad morze nie mogła się obyć bez świeżej flądry.

Jak przyszedł czas na konsumpcję swoje kroki skierowaliśmy do Baru Przystań. Niech za reklamę tego miejsca posłuży fakt, że od razu zostałem uprzedzony… że czeka mnie conajmniej 30 minut czekania, ale na pewno nie będę narzekał 🙂

Kolejka oczywiście była. Na plus jest to, że jak już się doczeka do miejsca, gdzie można zamawiać „konkret” – od razu można dostać „małe co nie co”… W naszym przypadku były to śledzie (w śmietanie i po kaszubsku), tatar z łososia i dla Poli plastry wędzonego łososia. Umiliło to nam czekanie na główne dania: Pola wybrała sobie placki ziemniaczane, Kasia – sandacza pieczonego bez tłuszczu, a ja DUŻĄ flądrę. Okazało się, że wcale czekania nie było aż taki wiele… Wjechały nasze dania – Polki placki były bardzo dobre, moja duża flądra okazała się 2 małymi 🙂 natomiast Kasia zaliczyła największą wtopę. Biedny, zmasakrowany i wysuszony sandacz nie nadawał się do niczego – był absolutnie bez tłuszczu… jakiegokolwiek… został z niego bezsmakowy wiór. Nie trudno chyba zgadnąć, gdzie wylądowała druga flądra 🙂 Ta za to była pyszna… dokładnie taka jakiej bym się spodziewał. Mięsa może dużo nie ma… ale to co jest smakuje dla mnie wybornie i do tego ta chrupiąca skórka.

Z tego można wynieść naukę by zbyt nie eksperymentować w smażalniach… sama nazwa mówi, że specjalizują się w smażeniu 🙂 Placki i flądra były bez zarzutu… próba pokuszenia się o zaoferowanie czegoś bardziej wyrafinowanego okazało się klapą.

Kolejną na szlaku była Zatoka Sztuki… wprawdzie już nic tam konkretnego nie jedliśmy, ale plan był prosty – kawa, ciacho i coś mocniejszego… Akurat to miejsce przypadło wszystkim do gustu – pomimo tego, że jest z rzędu – lans balans…

Położone przy samej plaży, dosłownie trzy kroki od Hotelu Grand i molo, przyciąga chyba najbardziej wystylizowanych hipsterów Trójmiasta. Nasza trójka w strojach „prosto z plaży” lekko odstawała, tym bardziej, że było już po 20 i towarzystwo zaczynało pokazywać się w strojach na „nocny podbój miasta”. Pola odnalazła się wspaniale i od razu zaczęła się kołysać w rytm chilloutowej muzyczki, która delikatnie sączyła się z głośników.

Karta wyglądała bardzo zachęcająco MENU … aczkolwiek mało nadbałytcko, więc w sumie byłem zadowolony z tego, że zaliczyliśmy głowne dania już wcześniej. Nie oparliśmy się jednak domowemu ciastu i Creme Brulee. Kasia sprawdziła jeszcze Mojito, a ja Hendrick’sa z ogórkiem. Próbowaliście kiedyś? Nie… to zdecydowanie polecam. Gin lubię od dawna, ale kilka lat temu Hendrick’s z ogórkiem to było odkrycie. Podsumowując – wiele nie zjedliśmy, ale to co spróbowaliśmy i zobaczyliśmy zdecydowanie zachęcało, by zjawić się tam po raz kolejny.

Niestety nie mieliśmy na to szans, gdyż na niedzielny obiad mieliśmy już zrobioną wcześniej rezerwację w restauracji Malika w Gdyni. Prowadzona przez uczestniczkę pierwszej edycji TOP CHEF panią Ewę Malikę Szyc Juchnowicz zachęca tym, iż umiejętnie łączy kuchnię marokańską z polskimi produktami a jednocześnie zgarnia mnóstwo pozytywnych recenzji. Trudno było więc nie spróbować jak już tam byliśmy… tym bardziej, że uwielbiam kuchnię marokańską.

Byliśmy dość napaleni (ok, ja byłem napalony :-)) ostro ruszyliśmy do zamawiania… Była z nami siostra Kasi, więc mogliśmy sobie pozwolić by zamówić trochę więcej do spróbowania, a menu tylko do tego absolutnie zachęcało. MENU

Na początek był: hummus, zalook czyli pasta z pieczonego bakłażana, do tego faul (bób z kuminem i czosnkiem w jogurcie) i jeszcze tabouleh.  Mniammm… do tego oczywiście cieplutkie pity. Tu, co ciekawe, każdy znalazł swojego faworyta i każdemu coś nie za bardzo podeszło. Ogólnie było oryginalnie i smacznie. Może jedyny minus, że porcje były dość spore jak na startery, więc chcąc jeszcze spróbować dań głównych sporo zostawiliśmy. To co pamiętam z Maroko to właśnie start uczty z dużą ilością różnych małych przystaweczek,  więc była szansa popróbować wszystkiego…

Później nadszedł czas na główne dania: Kasia wybrała z menu z tajinami Chakchouka czyli zapiekane jajka. Jak się okazało później okazało… wcale nie było to podane w typowej dla tajina formie a raczej przypominalo zwykłą zapiekankę. Warto było zaznaczyć w karcie, że jednak można spodziewać się czegoś innego, gdyż oczekiwania mieliśmy inne i tym samym było trochę rozczarowania, jak danie wjechało to na stół.

Ja spróbowałem Kofta Meshweya… czyli szaszłyków z baraniny doprawionej miętą. Mam pewną słabość do tego dania. Już blisko 10 lat temu, w Meknes, w jakimś mało wygłędnym barze – doznałem kulinarnego objawienia zamawiając właśnie baranie kebaby z miętą. To było niebo w gębie. Nie wiem czy to był efekt tego, że właśnie rozpoczynał się drugi dzień podróży po Maroko i była to pierwsza rzecz, jaka mi  naprawdę zasmakowała. Dzień wcześniej miałem niezbyt udaną pierwszą próbę z marokańską zupą harrira a rano ze śniadaniem w stylu francuskim. Być może urzekło mnie to, że mięso było aromatyczne i soczyste, wrzucone do wypchanej warzywami pity i do tego pławiące się w aromatycznych sosach. Być może było też to, że po raz pierwszy zobaczyłem, że świeża mięta może być czymś więcej niż tylko składnikiem na herbatę czy mojito… Nie wiem, dokładnie dlaczego… tak czy owak – jak widzę szaszłyki i mięte… zawsze próbuję.

Doświadczenie z Maliką należy uznać za bardzo pozytywne, aczkolwiek nie mogę tego określić niesamowitym objawieniem. Po prostu kuchnia na poziomie do tego… z bardzo dobrym doborem win do każdego z dań.

PODSUMOWUJĄC:

Najlepsze, co mi się mogło przytrafić – to po prostu bałtycka flądra – pyszna, choć pieczona na patelni… ale właśnie taką jak tylko nad polskim morzem można zjeść. Nie tylko to smak z wakacji dzieciństwa, ale też kwintesencja sensu kulinarnych podróży, czyli cieszenie się tym, co dany region ma najlepszego do zaoferowania.

GDZIE BYLIŚMY?

Bar Przystań (Sopot)

Zatoka Sztuki (Sopot)

Malika (Gdynia)

brak komentarzy
0

Sprawdź również:

Skomentuj