Sauna, ognisko i Poprad czyli to, co najlepsze w etnoHOTELU PIWNICZNA

przez TastePoland - Voytek brak komentarzy

Jak już wiecie tegoroczne wakacje upłynęły nam pod znakiem kulinarnych podróży po Polsce. Na ten najdłuższy, bo tygodniowy wyjazd wybór padł na południe i przejazd z Piwnicznej aż do Zakopanego. Postanowiliśmy sprawdzić jakie kulinarne niespodzianki możemy znaleźć na południu Polski.

Piwniczna Hotel – był jednym z bardziej oczywistych wyborów. Wydawał się najciekawszą opcją w okolicy Piwnicznej, no i  idealnie spełniał nasze potrzeby. Byliśmy zaintrygowani konceptem etno-hotelu i jego regionalna restauracją. Liczyliśmy na wspaniałe położenie nad brzegiem Popradu, komfortowe SPA z basenem. Wyjeżdzając niestety mieliśmy dość mieszane odczucia… ale po kolei.

Zaraz po przyjeździe otrzymaliśmy dość szczegółową informację, gdzie co się znajduje i co się będzie działo w hotelu. Weekendy to czas wyjątkowych „Nocy saunowych”. Rzeczywiście wyjątkowych, bo z basen zmienia się nie do poznania, gaśnie światło, palą się pochodnie, gra muzyka, serwowane są drinki, a od 22.00 obowiązuje „strefa nagości” i wstęp tylko dla dorosłych… Do tego seasne saunowe mniej więcej co pół godziny. Możecie poczytać sami http://www.hotelpiwniczna.pl/hedoni-spa/seanse-i-noce-saunowe. To co rzadkie w Polsce, Hotel Piwniczna promuje prawdziwy saunowy „savoir-vivre”.  Dla nas podróżujących z małym dzieckiem opcja „dorosła” raczej nie wchodziła w grę. Na szczęście okazało się że impreza zaczyna się już wcześniej i mniej więcej od 20 moczyliśmy się w jednym z 3 basenów, sącząc przepyszne mojito ( i  jednocześnie leżąc w basenie 🙂 ), podczas gdy Pola szalała ze swoim kółkiem i pływaczkami.

Dlaczego opowieść o podróży ze smakiem zaczynamy od opowieści o saunie? Dlatego, że chyba jest to co Hotel Piwniczna ma najlepszego do zaoferowania. Jest to coś absolutnie wyjątkowego biorąc pod uwagę miejsca w których mieliśmy przyjemność bywać.

Pokój jednak nas zaskoczył… okazał się tak mały, że chcąc się po nim jakoś poruszać musieliśmy wystawić stolik na balkon, gdyż łóżeczko Poli dodatkowo skurczyło mikroprzestrzeń do stanu, iż przejść się nie dało… Na romantyczny weekend we dwoje jest wystarczająco… na rodzinną wyprawę z bagażem na tydzień to raczej solidne wyzwanie. Przy rezerwacji warto zwrócić uwagę na stronę hotelu po której znajduje się pokój. Są dwie: ta super z widokiem na rzekę i ta mniej atrakcyjna z widokiem na parking i tory kolejowe. Nie trzeba zgadywać, że nasza mikroprzestrzeń była umiejscowiona po tej gorszej :-(. Na ich usprawiedliwienie faktem jest, że na booking.com napisali, że pokój ma 12m2… trzeba tylko na to zwrócić uwagę i na to, że to potwornie mało.

Restauracja nazywa się Czarna Owca i ta akurat mówiła sama za siebie. W moim odczuciu była absolutną czarną owcą tego hotelu.

Podpadła nam ślamazarna obsługa, niezmiernie wolna kuchnia, gdzie 15 minut ciągnęło się w nieskończoność i barmani, którzy mieli problemy by AperolSpritz smakował jak AperolSpirtz. Na  plus piwny bar, jako jedno z niewielu miejsc oferowali piwa z lokalnych browarów. Karta też prezentowała się ciekawie, oferując również dania typowe dla Łemków czy popradzko-ryterskich Czarnych Górali. Już na początku okazało się, że dwóch pierwszych pozycji z karty nie było (w tym smażonych rydzów na które miałem potworną ochotę)… za trzecim razem już z sukcesem wybrałem pierogi z kaszą i wątróbką, Kasia Sałatkę Czarnych Górali a Polcia – naleśnika…

No i tu rzecz niewybaczalna. Jak wjechał naleśnik Poli… okazał się zimny. Jak może naleśnik być zimny, jeśli właśnie zjechał z patelni? Okazuje się, że może, jeśli ktoś wyprodukuje go rano, potem późnym popołudniem próbuje go sprzedać. Wprawdzie kelnerka po konsultacji z kuchnią przyznała nam rację i zaproponowała Poli racuchy, które właśnie smażyli… to słowa „przepraszam” nie usłyszeliśmy. Za naleśnika skasowano zgodnie z cennikiem, a racuchy były już gratis. Doceniam, jeśli restauracja po własnej „wtopie” próbuje zatrzeć kiepskie wrażenie – tu nawet nikt nie próbował.

Pierogi były smakowo w porządku, ciasto natomiast było lekko rozgotowane za czym nie przepadam.

Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na zupełnie inną opcję. Kupiliśmy w restauracji „zestawy ogniskowe” i przy płonącym nad rzeką ognisku piekliśmy kiełbaski. Chwała im za ten pomysł z ogniskami, które obsługa rozpalała w każdy weekendowy wieczór. Piekąc kiełbaski, przeniosłem się myślami w  czasy, gdzie nie było grilla i brykietów, a to od wytrwałości piekącego zależało, czy jego kiełbaska była ciepła w środku, czy raczej miała spaloną na węgiel skórkę. W czasach młodości wybierałem raczej opcję drugą, teraz poświęciłem czas temu, by było tak jak należy 🙂

Więc jak ocenić ten pobyt? Ciężko jednoznacznie, bo było kilka świetnych elementów – jak basen, sauna i wspaniały relaks nad rzeką… z drugiej strony mikropokoik i wpadki restauracyjne. Pewnie chciałbym spróbować dać jeszcze jedną szansę zimą, gdzie po jeździe na nartach miło jest wygrzać się w saunie, czy basenie solankowym. Ale skoro jest jeszcze tyle miejsc do odkrycia to stawiamy na nowe doświadczenia!

Będąc w Piwnicznej trzeba spróbować lokalnej wody „Piwniczanki”. Do źródełka dość łatwo dojechać lub dojść. Nowowybudowa pijalnia zaintrygowała nas na tyle, że skusiliśmy się „na małe co nie co”. Dziewczyny wybrały zupy a ja oscypek. Na deser zaś wspólna „Makowica”. I tu prawdziwe kulinarne odkrycie! Drożdżowe pyzy nadziewane śliwkami w sosiku waniliowym posypane makiem. Tak pyszne, że prawie nie zdążyłem ich sfotografować 🙂

W drodze powrotnej przypadkiem odkryliśmy jeszcze cukiernię „Magdalenka” z absolutnym hitem tego wyjazdu – ciastem jagodowym (o którym pisaliśmy już w ryterskich wspomnieniach).  Lody jagodowe (a właściwie tutejsze borówkowe ) również nas zachwyciły. To prawdziwa kwintesencja dobrej, domowej roboty! Ich smak pozwalał wierzyć, że powstały ze świeżych jagód, a nie jakiejś masy jagodopodobnej – Super,  tak trzymać! Dla tego ciasta i lodów warto tam wrócić 🙂

Co na to Pola?

Ja byłam super zadowolona z dużego pokoju zabaw. Do tego każdego popołudnia bawiłam się z fajną „ciocią-nianią” i innymi dzieciakami.  Mogłam więc w końcu odpocząć od rodziców… którzy dali mi spokój i siedzieli na leżakach nad rzeką. Z fajnych rzeczy dla mnie (tacie to się wcale nie podobało) to tuż pod oknem jeździły pociągi, które uwielbiam :).

Podobał mi się też basen… a właściwie trzy. Jeden dla maluchów bo płytki, drugi solankowy z bąbelkami i trzeci duży mój ulubiony, gdzie szalałam w kółku.

Gdzie byliśmy?

Co warto zrobić w okolicy?

brak komentarzy
0

Sprawdź również:

Skomentuj